Duży pies puszczony luzem biegnie prosto na mnie i mojego syna. Zastanawiam się, co będzie, jednak nie mam w sobie ani grama obawy – bardziej w roli obserwatora z ciekawością przyglądam się temu, co jest moim udziałem. Wielki wyżeł jest coraz bliżej i bliżej. Jego właścicielka nie spuszcza go z oka i kiedy pies jest zaledwie kilka metrów od nas, rozlega się cichutkie gwizdnięcie. W ułamku sekundy zwierz zastyga w miejscu, po czym zawraca, przybiega do nogi swej pani, by iść z nią dalej w pięknym synchronie.
Co za widok! Jakaż w tym doskonałość!
Trening.
To jest słowo, o które mi chodzi. Co właśnie rozegrało się na moich oczach, to efekt treningu. Skutek wielokrotnych powtórzeń tego samego działania. W różnych kontekstach, w rozmaitych sytuacjach, niezmiennie ćwiczonych, doskonalonych, powtarzanych.
Rozmyślam o różnych umiejętnościach. Przed oczami przesuwają mi się przeróżne obrazy: muzyk grający na swym instrumencie; kucharz szatkujący cebulę; ogrodnik przycinający krzewy; krawiec przyszywający guzik; fryzjer strzygący włosy; matka przewijająca dziecko; chirurg nacinający skórę; pływak w wodzie.
Finezja każdej z tych scen jest wynikiem tysięcy prób, mniej i bardziej udanych, niemniej wykonywanych niezmiennie z zaangażowaniem, dyscypliną i uważnością. To, co widać dzisiaj, nie zrobiło się samo. Zostało zrobione przez człowieka oddanego swej idei, przez kogoś, kto uznał za ważne, by to robić i był gotowy trenować.
Kiedy robimy „rzeczy” z intencją, kiedy nadajemy im ważność, kiedy czynimy je częścią nas samych, okazuje się, że robienie ich staje się oczywistością, a trud związany z treningiem nie boli. Koszt, jaki ponosimy, angażując się w obrane zadanie, staje się integralną częścią naszego przedsięwzięcia, zatem nawet się nad nim nie zastanawiamy. Myślimy tylko o tym, po co to robimy.
Kiedy idę na trening pływacki, kiedy uczę się tego, co mnie ciekawi, kiedy szkolę, kiedy angażuję się w rozmowę, kiedy piszę, kiedy ćwiczę, kiedy medytuję, kiedy… jestem w uważności i doświadczam radości z trenowania tego, co dla mnie ważne.
Przychodzi mi na myśl Michał Anioł i jego freski w Kaplicy Sykstyńskiej. Facet przeznaczył tyle lat na namalowanie tego. Wyobrażam go sobie, jak godzinami wykonuje ruchy pędzlem, doskonaląc je za każdym razem. Chyba nie odczuwał cierpienia z powodu tego, że znowu maluje… Skąd taki pomysł?
Od wielu lat ćwiczę z moim synem jego samodzielność w robieniu różnych rzeczy. Jak wiele razy ogarniało mnie zniecierpliwienie. Jak często doświadczałam frustracji z powodu nieudanej próby. Ileż razy podawałam w wątpliwość sens naszych działań. Jak wiele bywało w tym znoju. A przecież to takie ważne dla niego i dla mnie. Przecież tak bardzo mi na tym zależy. Na jakiej zasadzie, gdy po raz tysięczny powtarzam ruch ramion w delfinie ani przez chwilę nie przyjdzie mi do głowy, jak bardzo cierpię, a kiedy kolejny raz moje dziecko robi sobie kanapkę, ogarnia mnie poczucie znoju?
Zadaję więc sobie pytanie: „kim jestem?”. Albowiem nie chodzi o to, co robię, tylko kim jestem, kiedy to robię. Kiedy jestem, kim potrzebuję być, działania robią się same. Nie muszę się zmuszać, nie ma we mnie zniecierpliwienia, nie odczuwam cierpienia. Robię, co potrzebuję robić. Po prostu.
Decyduję się być jak Michał Anioł. We wszystkim, co robię. A Ty?