Kiedy jesteśmy dziećmi, naszym naturalnym stanem jest ciekawość. Ciekawi nas absolutnie wszystko – kamyk w kałuży, mrówka na drodze, dziura w ziemi, pusta butelka. Badamy, sprawdzamy, odkrywamy. Szukamy sposobów działania, wykorzystania, ukrytych znaczeń. W nieuświadamiany jeszcze na tym etapie naszego życia sposób zadajemy sobie pytania: „A co, jeśli…?”. „Co jeszcze jest możliwe?”. Szeroko otwartymi z ciekawości oczyma widzimy w dziurze w ziemi ukryte przejście do magicznej krainy. Dmuchając w butelkę, nadajemy nam tylko znanym szyfrem wiadomości do Wszechświata. Możliwości są niezliczone. Co więcej, nie ogranicza nas nasze pochodzenie, status materialny, rodzina czy inne okoliczności. Jesteśmy jeszcze wolni od różnych pomysłów na temat tego, co jest możliwe, a co nie jest, w co warto się angażować, co jest godne uwagi, a czym zajmowanie się jest zwykłą stratą czasu. Czerpiemy garściami z każdej chwili i każdego doświadczenia. Dotykamy istoty naszego życia. A potem…
Potem pozwalamy sobie uwierzyć w to, co nam mówią. Co powinniśmy. Co powinniśmy myśleć, czuć, co nas powinno interesować, czym powinniśmy się zajmować, w co wierzyć, że może być naszym udziałem. Pozwalamy, by ograniczały nas okoliczności – pochodzenie, pieniądze, rodzina lub jej brak, partner lub jego brak, niepełnosprawność dziecka. Pozwalamy sobie uwierzyć, że coś nie jest dla nas. Czasem rezygnujemy z marzeń, a bardzo często przestajemy doświadczać chwil i tego, co w nich najpiękniejsze – obecności, bliskości ze sobą i światem, ciekawości, co spotkamy.
Oczywiście, okoliczności mogą znacząco ułatwiać albo utrudniać, niemniej i tak na koniec to my nadajemy im moc. Pewnie, że kiedy mamy pieniądze, pewne rzeczy są dla nas o wiele łatwiej dostępne – możemy coś kupić, gdzieś pojechać, wynająć pomoc. Kiedy mamy zdrowe dzieci, możemy mieć czas dla siebie, bo nie wymagają naszego nieustannego zajmowania się nimi, a kiedy dorastają, otwiera się dla nas przestrzeń, by znów móc skupić się bardziej na sobie. Kiedy jesteśmy dobrze wykształceni, znamy języki, mamy obycie w świecie, łatwiej nam korzystać z dobrodziejstw, które oferuje. Jednak nie zawsze tak jest. Czy to znaczy, że rzeczy są dla nas niemożliwe? Często tak myślimy. Uznajemy, że coś nie jest dla nas, że my tak nie możemy, bo… Nadajemy okolicznościom wykutą w skale, niezmienną moc ograniczania nas w naszych pragnieniach i dążeniach.
A co, jeśli najpierw potrzebujemy… zobaczyć w odrapanej podłodze, na której siedzimy, pijąc kawę, nasz wymarzony taras. Poczuć wiatr na twarzy, zanim staniemy za sterami żaglowca. Zatańczyć w kuchni ze sobą, zanim zatańczymy z ukochaną osobą. Zachwycić się niebem widzianym przez okno, zanim popatrzymy na nie ze szczytu góry. Rozkoszować smakiem ziemniaków z masłem, zanim rozpłynie nam się w ustach kawior. Potrzebujemy doświadczać i umieć celebrować to, co jest naszym udziałem, by przyszło do nas więcej.
To umiem robić doskonale. W każdej najmniejszej rzeczy potrafię widzieć coś więcej. Tę zdolność „czarowania” mam, od kiedy pamiętam, i stale jej używam, niemniej i tak dałam się wciągnąć w pułapkę niemożliwego. Pozwoliłam, by okoliczności bycia mamą dziecka z wyzwaniami zabiły we mnie spontaniczność. Nadałam konieczności bycia wciąż na posterunku moc decydowania, co mogę, a co jest poza moim zasięgiem. Uznałam, że potrzeba planowania wszystkiego oznacza, że nie ma miejsca na szaleństwo, na to, by dać porwać się chwili, zanurzyć się w niej, skoro przyszła. Pozwoliłam, by pomysły innych, co to oznacza, gdy ma się dziecko z trudnościami, ograniczyły moje doświadczanie życia. Popełniłam błąd. Uzmysłowiłam to sobie w pełni, gdy usiadłam do pisania listy chwil, spraw, doświadczeń, które pragnę, by były moim udziałem w drugim półroczu 2024. Nie wiedziałam, co napisać. Przychodziły mi do głowy rozmaite cele, projekty, przedsięwzięcia, ale chwile…? Jak ich doświadczać, kiedy wszystko trzeba planować i logistyka musi być zapięta na ostatni guzik? Jak dać się ponieść, kiedy w każdym momencie się może skończyć?
I co z tego? To ja decyduję. To ja decyduję, jak na to patrzę, jak do tego podchodzę, jakie znaczenie nadaję. To ja wpisuję na moją listę rzeczy. Leżenie na trawie i patrzenie w gwiazdy. Skakanie na bombę do jeziora. Pocałunek wszechczasów z ukochanym. Kakao w świąteczny poranek z wszystkimi moimi. Kiedy zaczęłam pisać, okazało się, że pamiętam. Pomysły przychodzą same. Nie zapomniałam.
Tak łatwo pozwalamy sobie zapomnieć, kim głęboko w środku jesteśmy. Ciekawymi świata i pełnymi ufności dziećmi, które wszędzie potrafią zobaczyć coś, czego nikt inny nie widzi. Które widzą możliwości, nie ograniczenia.
A Ty co wpiszesz na swoją listę chwil, które tworzysz? Co jeśli one tylko czekają, byś je zaprosiła do swojego życia?