Pamiętam dobrze czasy, gdy wiele rzeczy robiłam z miejsca napięcia…
Napięcia we mnie…
Trzeba zebrać się jak najszybciej, bo szkoda dnia…
Koniecznie trzeba jak najwięcej zobaczyć, bo trzeba skorzystać, skoro się już gdzieś jest…
Nie można nie spróbować, bo nie wiadomo, kiedy będzie znowu okazja…
Muszę, bo jak nie zrobię, to znaczy, że nie wykorzystałam szansy…
Trzeba, muszę, należy…
Wyciskać wszystko jak cytrynę, jakby miało za chwilę zabraknąć… jakby miało się skończyć… jakby miało dla mnie nie wystarczyć…
Pamiętam, gdy moje działania napędzała presja, przymus i strach…
Działanie z miejsca braku w nas, na zewnątrz, na pierwszy rzut oka, niczym się nie różni od tego, które podejmujemy z poczucia pełni. Na pozór się nie różni…
Jednak to jest to PRAWIE, które czyni różnicę…
Kiedy działam z miejsca braku we mnie, napędza mnie strach…
Strach przed stratą, przed porażką, przed tym, że nie zdążę, że nie dowiozę, że nie okażę się jakaś, za to okażę się inna, że czegoś zabraknie…
Kiedy działam z miejsca pełni we mnie, napędza mnie pragnienie…
Pragnienie, by czegoś doświadczyć, by coś poznać, by spojrzeć inaczej, by zrozumieć, by odkryć, by wzrastać, by przeżywać, by czuć całą sobą…
Kiedy wychodzę do działania, będąc pełnią, wszystko, co jest moim udziałem, jest mi dodane… jest prezentem… jest źródłem obfitości…
Kiedy działam z miejsca pełni w sobie, ufam…
Że wszystko działa dla mnie w najlepszy możliwy sposób…
Że Wszechświat mi sprzyja i dmucha mi w skrzydła…
Że życie jest dobre…
W wielkanocny poranek po niespiesznie wypitej z ukochanym kawie, idziemy we trójkę z moim autystycznym synem na Babią Górę… To nasza rezurekcja…
Myślę z wdzięcznością o wewnętrznej drodze, jaką przeszliśmy, przypominając sobie naszą poprzednią wyprawę tutaj. Pewne rzeczy się nie zmieniły – nadal podstawą jest praca zespołowa, nadal rozumiemy się bez słów, większymi i mniejszymi ruchami nawigując w przestrzeni, nadal w największym skupieniu monitorujemy Młodego, a jednak jest zupełnie inaczej…
Kiedy dzień wcześniej dojechaliśmy w góry, zjedliśmy obiad, pojechaliśmy do hotelu i…
poszliśmy spać. Po trzygodzinnej drzemce wrzuciliśmy na siebie górskie ciuchy i ruszyliśmy na szlak. Za wiele się nie nachodziliśmy, bo zrobiło się ciemno, ale ta godzina była bezcenna. Rozmawiamy o tym, że kiedyś byłoby to nie do pomyślenia. Trzeba było przecież załoić, zrobić jak najwięcej, wykorzystać każdą chwilę w górach, jakby był tylko jeden sposób korzystania z chwili.
Dziś cały dzień w górach… Idę, kontemplując widoki i myśląc ze wzruszeniem, jak inaczej się idzie, gdy idę z miejsca pełni we mnie… Jakie inne te widoki… Jak inaczej odczuwam zmęczenie… Jak inaczej postrzegam zagrożenie… Jak inaczej mnie te góry cieszą…
Myśleć z pełni… działać z pełni… czuć z pełni…
Być pełnią…
Nauczyłam się…
A Ty?