Trzymadełko…
Trzymane w ręku, czasem pod pachą…
To coś… coś do międlenia, trzymania, machania, łamania, ruszania tym lub… po prostu, czucia, że jest…
U małych dzieci wszyscy uznają za oczywistość, że trzyma grzechotkę, ulubioną maskotkę, kocyk, pieluchę. Nikogo to nie dziwi, nikt się nie zastanawia, po co maluchowi trzymadełko.
Jeśli by zapytać przypadkowe osoby, dlaczego dzieciak coś trzyma, odpowiedziałby, że najwidoczniej potrzebuje.
Przewińmy trochę lat do przodu…
Mamy nastolatka, młodego dorosłego, starszego dorosłego, który… trzyma trzymadełko.
Ooooooo… to zupełnie co innego – powie wielu. Już nie będzie oczywistością, że skoro trzyma, to pewnie potrzebuje. Dość szybko okaże się, że to nieadekwatne, by w tym wieku mieć przy sobie trzymadełko…
Doprawdy…? Bo co? Bo człowiek wyrósł z wieku dziecięcego?
A co, jeśli trzymadełko pozwala być w kontakcie ze sobą, lepiej czuć siebie, dzięki czemu łatwiej się zaangażować w to, w co trzeba się zaangażować?
A co, jeśli trzymadełko stanowi pewnego rodzaju nawigację, dzięki której łatwiej się poruszać w gąszczu świata i ludzi?
A co, jeśli trzymadełko daje poczucie kontroli, bo człowiek nim zarządza, a to czyni sprawy przewidywalnymi, a zatem bezpiecznymi? Być może to jedyna kwestia, w której dana osoba ma poczucie kontroli?
Osoby autystyczne często zostają przy trzymadełkach znaczenie dłużej niż te nieautystyczne. Czasem nigdy z nich nie „wyrastają”. Zanim wpadniesz na pomysł zabrania komuś tego, co trzyma, zatrzymaj się na chwilę i zapytaj siebie, co by było gdyby tobie ktoś nagle wyjął z ręki telefon, który tak lubisz mieć blisko siebie…