Równowaga. Coś, do czego wszyscy mniej lub bardziej dążymy z różnym skutkiem. Ważna kwestia. Trudna kwestia. Coś, co niektórzy w miarę ogarniają, a niektórzy nie doświadczają nigdy. Kiedy łapiemy jej cudowne momenty, karmimy się błogością, jakiej dostarcza. Czy w ogóle jest osiągalna? Czy, jak przystało na zjawisko o charakterze dynamicznym, jedynie czasem mamy szansę jej zaznać, a poza tym jesteśmy nieustannie w drodze do niej?
Równowagi możemy poszukiwać wszędzie – w zadaniach, które realizujemy; w obciążeniach, na które się decydujemy; w sposobie odżywiania; w trenowaniu; w relacjach; w odpoczynku; w pracy; w eksponowaniu się na bodźce; w stylu życia. To o niej piszą w poradnikach uczących, jak żyć.
Chcę się zatrzymać przy temacie równoważenia wyzwania z pozostawaniem w komforcie. Gdy chodzi o nas, a jeszcze bardziej gdy chodzi o ważne dla nas osoby, którym towarzyszymy, wciąż pojawia się pytanie, na ile pchać ku wyzwaniu, a na ile zostawić człowieka w spokoju i tym samym w przyjemnym komforcie. Na ile go zachęcać, motywować, a czasem może i cisnąć, a na ile odpuszczać, gdy odmawia wejścia w sytuację, zaangażowania się, podjęcia wyzwania?
Nie od dziś wiadomo, że wzrastaniu towarzyszy pewien poziom niewygody. To ona skłania nas do poszukiwania nowych rozwiązań, budowania kompetencji, dzięki czemu możemy się o sobie dowiedzieć, że potrafimy, że możemy, że dajemy radę. Jednocześnie poziom wyzwania musi być odpowiednio dobrany, do tego musimy czuć się wystarczająco bezpiecznie, by w daną sytuację wejść. Wtedy możemy się uczyć. Gdy tylko pojawia się w nas poczucie zagrożenia, nasz mózg przełącza się w tryb przetrwania i uruchamia w nas reakcje, które mają nam to przetrwanie zapewnić – w zależności od różnych zmiennych walczymy, uciekamy, zamrażamy się. Gdy czujemy zagrożenie, nie uczymy się niczego, bo wtedy mamy inne sprawy na głowie – przeżyć.
Kiedy z kolei jest nam wygodnie, bezpiecznie, ciepło, miło i przyjemnie, odpoczywamy, ale się nie uczymy. Ma to sens. Odpoczynek sprzyja regeneracji i integrowaniu w naszym układzie nerwowym tego, czego się nauczyliśmy. Jak odpoczywamy, to nie jest czas na podejmowanie wyzwań i wychodzenie naprzeciw trudnościom.
Optymalnie jest, gdy sami znajdujemy w sobie napęd do poszukiwania wyzwań i nieustannego uczenia się przy jednoczesnym równoważeniu tego odpoczynkiem i byciem w komforcie. Co jednak, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, gdy człowiek, w osobie nas samych lub kogoś dla nas ważnego, w obliczu wyzwania oporuje, aktywnie odmawiając podjęcia go, choćby wydawało się ono najmniejsze, podkreślam tu „wydawałoby się”?
Czy skoro człowiek oporuje, to znaczy, że poprzeczka jest ustawiona za wysoko? Czy da się ją obniżyć? A może dołożyć wsparcie? Czy na pewno chodzi o poziom trudności? A może człowiek stawia opór, bo nauczył się, że to bardzo skuteczny sposób, by nie ryzykować popełnienia błędu, doświadczenia „porażki”? Co wtedy? A może człowiek tak bardzo przyzwyczaił się do wygodnego miejsca, że myśl o jego opuszczeniu wywołuje paraliż? Czy eksponować go na niewygodę? Jak wiedzieć, co zrobić? Jak znaleźć złoty środek? Co będzie upragnionym zrównoważonym działaniem?
Wiemy, że mózg uczy się przez doświadczenie. Potrzebujemy doświadczać rzeczy, robić, być eksponowanymi na różne sytuacje, by móc się uczyć, wzrastać, rozwijać. Zmiana jest nieodłączną, a zarazem jedyną pewną kwestią w naszym życiu. Co, kiedy wychodzenie poza to, co znane, przeraża? Co kiedy wiemy, że pozostając tylko w tym co wygodne, bo przewidywalne i znajome, nie dość, że człowiek się nie uczy, to często jeszcze bardziej usztywnia w tym, do czego jest przywiązany? Na ile pchać go ku wyzwaniu, skoro się opiera, a na ile dać mu spokój? Na ile jego „nie” oznacza nie, a na ile „boję się, czy sobie poradzę”, „nie rozumiem, o co chodzi”, „potrzebuję pomocy”? Kiedy towarzyszyć, motywując, a nawet cisnąć, a kiedy towarzyszyć, odpuszczając? Ot, pytania, na które chyba nigdy nie zdołamy jasno odpowiedzieć…