Stosunek otoczenia do ludzi z autyzmem – co uświadomił mi półmaraton?

Podziel się artykułem!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Nie­dziel­ny pora­nek w War­sza­wie. Wycho­dzę z domu. Tele­fon głę­bo­ko scho­wa­ny w ple­ca­ku do bie­ga­nia. Nie zamie­rzam wcho­dzić w żaden kon­takt ze świa­tem zewnętrz­nym bar­dziej niż to koniecz­ne. Zaczy­na się mój czas. Zim­ny wiatr szczy­pie w odsło­nię­te czę­ści cia­ła, więc przy­spie­szam kro­ku. Nie jeż­dżę auto­bu­sa­mi, więc nie spraw­dzi­łam godzi­ny odjaz­du. Oka­zu­je się, że trze­ba cze­kać dzie­sięć minut, więc bez zasta­no­wie­nia ruszam szyb­kim mar­szem do kolej­ne­go przy­stan­ku – przy oka­zji powo­li roz­grze­ję mię­śnie, by szy­ko­wa­ły się do bie­gu, któ­ry dziś przed nami. Docie­ram na przy­sta­nek, tu jesz­cze tro­chę cze­ka­nia, więc delek­tu­ję danym mi cza­sem, pod­ska­ku­jąc w miej­scu i wyko­nu­jąc figu­ry, któ­rych kobie­ty w oko­li­cach pięć­dzie­siąt­ki zwy­kle publicz­nie nie robią. Co tam. Dziś jest mój dzień. Mój dzień i mój bieg. Bieg wdzięczności.

Myślę o swo­jej dro­dze ze wzru­sze­niem. Sie­dem lat temu byłam napraw­dę w kiep­skiej for­mie. Do stu kilo­gra­mów bra­ko­wa­ło mi tyl­ko dwie­ście gra­mów, krę­go­słup nie doma­gał, byłam wciąż zmę­czo­na i chy­ba nie­szczę­śli­wa, choć nie mam pew­no­ści. Zawsze myśla­łam i myślę o sobie jako o szczę­ścia­rze. Lubię się tak nazy­wać. Wdzięcz­ność jest dziś we mnie domi­nu­ją­cym uczu­ciem. Prze­peł­nia mnie od stóp do głów. Każ­da komór­ka mego cia­ła śpie­wa pieśń wdzięcz­no­ści. Za mnie. Za moją gło­wę. Za moją wytrwa­łość. Za moją zdol­ność odra­dza­nia się za każ­dym razem jak Feniks z popio­łów. Za mie­szan­kę bun­tow­ni­ka i poko­ry w jed­nej oso­bie. Za odwa­gę kwe­stio­no­wa­nia rze­czy i sta­wia­nia trud­nych pytań. Za umie­jęt­ność łącze­nia kro­pek. Za zdol­ność bycia w sta­dzie tak samo bar­dzo, jak bycia samot­ną wil­czy­cą. Za mój sys­tem wspar­cia. Za wszyst­kich waż­nych ludzi przy mnie. Za wie­le rze­czy, któ­rych nie spo­sób by wymie­nić. Za moją drogę.

Roz­my­ślam więc sobie o tym i o owym, jadąc auto­bu­sem. Jestem skon­cen­tro­wa­na, zato­pio­na w sobie, zacho­wu­ję zaso­by na bieg, któ­ry za chwi­lę. Docie­ram na miej­sce star­tu. Uwiel­biam tę atmos­fe­rę. Tyle tysię­cy ludzi przy­szło, żeby pobiec przez War­sza­wę. Nie­któ­rzy w gru­pach, inni w poje­dyn­kę. Sta­rzy i mło­dzi. Szczu­pli i gru­bi. Każ­dy tu pasu­je. Przez mega­fo­ny leci „Sen o War­sza­wie” Nie­me­na. Mam cia­ry na ple­cach i łzy w oczach. Usta­wiam się na koń­cu i spo­koj­nie cze­kam, aż przyj­dzie na mnie kolej. Zawsze sta­ję na koń­cu. Znam sie­bie, swo­je moż­li­wo­ści i wiem, jak dbać o swo­ją gło­wę, a jej nie robi dobrze, gdy wszy­scy mnie wyprze­dza­ją, zatem stra­te­gicz­nie obie­ram pozy­cję w ostat­nich rzę­dach. Odli­cza­nie, naj­szyb­si już pru­ją do przo­du, a my powo­li prze­su­wa­my się do linii star­to­wej. Kie­dy ją mijam, włą­czam zega­rek i ruszam. Naj­waż­niej­sze teraz to nie dać ponieść się pędo­wi tłu­mu i robić swo­je. Bło­go­sła­wię swo­je sku­pie­nie i tup­tam wol­niut­ko, pil­nu­jąc, by nie zacząć zbyt szyb­ko – to się nigdy u mnie dobrze nie koń­czy. Nie jest łatwo. Morze ludzi przede mną, a ja na sza­rym koń­cu. Chcia­ło­by się przy­spie­szyć, biec razem z inny­mi, ale nie, trze­ba się pil­no­wać. Gadam ze sobą, że robi­my swo­je, nie bacząc na innych. I wte­dy przy­cho­dzi pomoc­na myśl, że prze­cież wciąż robię ina­czej niż inni. Jestem w tym świet­nie wytre­no­wa­na. Od tylu lat robię swo­je z moim dziec­kiem, nie zuży­wa­jąc moich bez­cen­nych zaso­bów na dys­ku­sję z tymi, któ­rzy wie­dzą lepiej, jak powin­nam żyć i jak powin­nam pro­wa­dzić moje dziec­ko. Nauczy­łam się cho­dzić wła­sny­mi ścież­ka­mi, zapra­sza­jąc na nie tych, któ­rzy potra­fią zoba­czyć wię­cej, niż widać na powierzch­ni. Nie inte­re­su­ją mnie ci, któ­rzy nie są w sta­nie widzieć tego, co nie­wi­docz­ne dla oczu. To nie jest moje plemię.

Bie­gnę zatem w swo­im tem­pie, roz­my­śla­jąc. Chy­ba nie umiem nie roz­my­ślać. Roz­k­mi­ny to moja dru­ga natu­ra. Wciąż to robię. Bywa­ją męczą­ce, ale jak bez nich żyć? Wciąż coś odkry­wam. Uwiel­biam ten moment, gdy krop­ki łączą się po nowe­mu, a daw­ny para­dyg­mat leży w gru­zach. Eks­cy­ta­cja, któ­ra temu towa­rzy­szy, zawsze mnie obez­wład­nia. Naj­lep­sze jest to, że wiem, że za chwi­lę znów będę wery­fi­ko­wać to, co wiem, na nowo, bo powsta­nie kolej­ne połą­cze­nie kro­pek. Już się tego nie boję. Uwiel­biam pod­da­wać rze­czy w wąt­pli­wość, sta­wiać pyta­nia, zasta­na­wiać się, gdzie popeł­niam błąd. Wiem, że odpo­wiedź już na mnie cze­ka i za chwi­lę będzie moim udziałem.

Roz­my­ślam, bie­gnąc. Bie­gnę, roz­my­śla­jąc. Usły­sza­łam nie­daw­no, że kie­dy bie­gniesz po Zie­mi i bie­gniesz razem z Zie­mią, możesz biec w nie­skoń­czo­ność. Tego się trzy­mam. Trzy­mam się też prze­ko­na­nia, że bie­gnę gło­wą, nie noga­mi. Rze­tel­nie pra­co­wa­łam, jestem przy­go­to­wa­na. Nie ma wytrzy­ma­ło­ścio­we­go powo­du, bym nie prze­bie­gła zało­żo­ne­go dystan­su, jeśli tyl­ko gło­wa nie zawie­dzie. W tym też mam tre­ning. Ponoć wszyst­ko jest w bani, pil­nu­ję jej zatem każ­de­go dnia, jed­no­cze­śnie znam dosko­na­le dotkli­we kon­se­kwen­cje, gdy o tym zapominam.

Bie­gnę uli­ca­mi War­sza­wy, myśląc o moim bie­ga­niu. Kie­dyś głę­bo­ko wie­rzy­łam, że bie­ga­nie nie jest dla mnie. Wszyst­ko, tyl­ko nie bie­ga­nie. To, co uzna­łam za praw­dę o mnie, sta­ło się moją praw­dą. To „nie dla mnie” dzwo­ni mi w uszach. NIE DLA MNIE. NIE DLA CIEBIE.
Jak­że czę­sto ludzie z auty­zmem dowia­du­ją się do swo­je­go oto­cze­nia, że coś nie jest dla nich. Jak­że czę­sto sły­szą, że inni coś mogą, ale oni nie. Sły­szą i przyj­mu­ją za swo­ją praw­dę, bo nie mogą zakwe­stio­no­wać, bo nie mają na dany moment zaso­bów, by móc się nie zgo­dzić. Myśląc o swo­jej dro­dze do bie­ga­nia, któ­re kie­dyś było nie dla mnie, zasta­na­wiam się, w jaki spo­sób docho­dzi do tego, że ktoś wpa­da na pomysł, co dla kogo jest, a co nie jest. Prze­cież nikt z nas nie chce być w żaden spo­sób ogra­ni­cza­ny cudzy­mi pomy­sła­mi na to, co jest dla nas moż­li­we. Nie ma naszej zgo­dy, by ktoś inny nam mówił, co może­my, a cze­go nie może­my. Co powin­ni­śmy, a cze­go nie powin­ni­śmy. A jed­nak wobec ludzi w spek­trum auty­zmu arbi­tral­nie podej­mo­wa­ne są decy­zje, jak dale­ko ma się­gać ich hory­zont. Cze­mu tak?

Cze­mu by nie zamie­nić myśle­nia w kate­go­riach „to nie dla cie­bie” na bez­wa­run­ko­we wspar­cie i wia­rę w poten­cjał czło­wie­ka? W jego zdol­ność do zmia­ny, do ucze­nia się, do się­ga­nia po swo­je pra­gnie­nia, do doświad­cza­nia sie­bie w spo­sób, o jakim marzy.
Mi się marzy, żeby­śmy, patrząc na czło­wie­ka z auty­zmem, każ­de­go inne­go też, widzie­li jedy­nie poten­cjał i zada­wa­li pyta­nie „co jesz­cze jest dla Cie­bie możliwe?”.

Zasób 5

W Drodze... – by z autyzmem żyło się łatwiej

W Drodze… to mój bezpłatny newsletter, który wydaję od wielu lat i który stworzyłam, by Cię inspirować, podtrzymywać na duchu, skłaniać do zadawania pytań i szukania na nie odpowiedzi. Dzielę się w nim swoim doświadczeniem, swoimi obserwacjami i przemyśleniami dotyczącymi życia z autyzmem w tle. Informuję w nim także, co u mnie słychać, co zgłębiam, czego się uczę, czego uczę innych, więc jak chcesz być na bieżąco, zapisz się na mój newsletter* a w zamian zyskasz dostęp do dwóch seminariów, które dla Ciebie nagrałam.

Newsletter
w Drodze